Artykuły

Prasa > Artykuły


Green Day / Superdrag @ Roseland Ballroom - 1997, Grudzień
Tłumaczenie: Beton
I po co było kupować bilet na trasę Nimrod Green Day`a?
A można było prościej.

Jeszcze przed całym ciasno ubitym tłumem, gdy w słynnym Roseland Ballroom, trio z Bay Area demonstrowało swój beztroski, rozbrajająco czysty przekaz. Publiczność miała szansę ujrzeć i usłyszeć GreenDay w wyśmienitej formie przez ponad 90 minut, bez obaw, że coś się przegapi.

Na początek - od razu z grubej rury “Going To Pasalacqua” z pierwszej płyty. Potem zespół z pasją wypuącił prawie cały własny czad, między innymi te najlepiej znane, od “2,000 Light Years Away” do “Welcome To Paradise”, “Longview”, “Basket Case”, “Geek Stink Breath” oraz w ramach tzw. “odbudowy reputacji”, pop-punkowe najnowsze, np. “Prosthetic Head” i “Hitchin’ A Ride”.

Na piątym albumie grupy, czyli na “Nimrod”, Billie Joe przy pomocy swojego nosowego głosu i urywanych fraz, wyraża serię znaków zapytania, obawy przed pustką w przyszłości (”Worry Rock”) i uczucie chomika tkwiącego w błędnym, piszczącym kole (”Redundant”). Z kolei w rytmicznym kawałku “The Grouch,” Billie czuje się zagrożony niebezpieczeństwem bycia “shity old man” (gówno wartym staruchem); charczące brzmienie i wyzywające ruchy są środkiem tejże kapeli do wyrażenia lęku przed kalectwem i starością; w świetle wyjątkowo wyzywającego, akrobatycznego przedstawienia, wszelkie geriatryczno-inwalidzkie lęki okazują się mocno przesadzone.

Impreza w Roseland była tak naprawdę drugim występem zespołu tego tygodnia w Nowym Jorku. Incydent w podmiejskim Tower Records poprzedniego dnia poskutkował tysiącem dolarów odszkodowania i wieściami o sprośnej nagości Billiego. Kolejna kartka w Green Day’owej kronice obok rzucania błotem na Woodstock i fali aresztowań w Bostonie.

Pomimo (a może z powodu?) swojego zwierzęco-instynktownego pociąu do tego typu przedstawień, Green Day ma ciągle lepszy bezpośredni kontakt z fanami, niż jacykolwiek najpopularniejsi dzisiejsi “szarpidrutowie”: Jeden ze szczęśliwych posiadaczy biletu został nawet zaproszony na scenę, by wziąść na siebie ciężar gitary i zagrać z GD ich cover zespołu Operation Ivy “Knowledge”; Pomiędzy piosenkami, Billie Joe przypomniał licznie zgromadzonej młodzieży, o starszych fanach, kiedy ci byli jeszcze pod opieką swoich starych podczas dni świętowania platynowej płyty Dookie. Teraz po czterech latach, Billie poleca młodszym fanom, by byli “so fucked up” (tak samo jebnięci). Tłum oszalał z radości. To się nazywa zobowiązanie!

Na pożegnanie cały sprzęt estradowy z wzmacniaczami włącznie został rozwalony z właściwym dla trójki delikwentów wdziękiem, a Tré Cool zrobił taki burdel, że żaden perkusyjny talerz nie zachował swojego pierwotnego kształtu. Billie Joe dowodził scenową rozpierduchą, śpiewając i grając na odziwo całej jeszcze gitarze przewidziany na koniec numer “Good Riddance (Time of Your Life)” - “szczęśliwe zakończenie”, o ile można tak powiedzieć.

Natomiast zespół otwierający koncert - kwartet Superdrag z Knoxville - to chociaż zeszli ze sceny zlani potem, to nie udało im się zabrzmieć tak dobrze. To nie łatwe, tak stać przed wściekłym tłumem, którego nic nie obchodzi poza Billiem Joe i spółką. Koledzy z Superdrag`a dowiedzieli się spod sceny niestworzonych rzeczy na temat swoich matek. I nawet gdy grali ścieżki ze swojego, niedawno jeszcze przebojowego albumu z 1996 “Regretfully Yours,” to większość dĄwięków Superdrag zamieniło się w wylewaną na uszy słuchaczy wodnistą ciapciaję. Niechcący nowe utwory z przewidzianego na wiosnę 98 nowego albumu (najciekawsza, to “Sold You An Alibi”) obnażyły popowe tendencje tej grupy.

- Keith Lyle

Od tłumacza: To wszystko, na co mnie stać. Jeśli ktoś zrobiłby to lepiej, to czekam na konstruktywne pouczenia.

Green Day Polska 2001-2012
wykonanie: ptaszynski.biz