Krzycz Ameryko, krzycz! - 2009, maj Źródło: dziennik.pl Sto dni rządów Baracka Obamy na razie nie przyniosło żadnych poważnych zmian w kraju. Może poza jedną - większości artystów nagle minął zapał do polityki. Czyżby Ameryka znów miała pogrążyć się w bezideowym letargu?
Koniec zeszłego roku oraz początek tego upłynął pod znakiem wyborów i inauguracji nowego prezydenta USA. Poparcie dla Obamy połączyło groteskowo artystów ze wszystkich stron sceny: do utworu „Yes We Can” producent will.i.am (Black Eyed Peas) zaprosił m.in. Scarlett Johansson, Johna Legenda, Nicole Scherzinger i Herbiego Hancocka, w Waszyngtonie podczas koncertu „We Are One” wystąpili Bruce Springsteen, U2, Shakira i Beyonce, a specjalne piosenki pisali NAS, 50 Cent czy Jay-Z. Ostatni z nich rapował: „Mój prezydent jest czarny. W rzeczywistości jest też w połowie biały, więc nawet rasiści przyznają mu w połowie rację. Jeśli masz umysł rasisty, to nie szkodzi, bo prezydent jest czarny, a jego dom biały”, i zapowiadał koniec epoki gangsta rapu. Jednym słowem – pełne porozumienie ponad podziałami. Złość na Busha zastąpił ogólny entuzjazm wobec Obamy, a protest songi pożarła popkultura. Zastąpiły je pieśni pochwalne na cześć polityków i podnoszące ducha narodowego. Co takie przewartościowanie oznacza dla muzyki w 2009 r.?
Pierwsi z odpowiedzią na to pytanie popędzili zasłużeni weterani. Bruce Springsteen na „Working on a Dream” prezentuje pozytywne nastawienie i postuluje odbudowę wiary w american dream. „Pracuję nad marzeniem, choć czuję, że jest ono jeszcze daleko. Pracuję nad marzeniem, które pewnego dnia nasza miłość uczyni prawdziwym” – śpiewa w tytułowym utworze, gloryfikuje życie oraz uczucie jako podstawową wartość. W ten sposób trafia w naiwne oczekiwania przeciętnego Amerykanina. W końcu to on najwięcej zyskał na kryzysie władzy w Stanach i wzroście negatywnych nastrojów społecznych. Albumem „The Rising” w hołdzie ofiarom ataku na WTC powrócił na stadiony, a w kameralnym „Devil & Dust” przywołał ponurą aurę epoki Reagana z czasów „Nebraski”. Springsteen wziął udział w trasie „Rock for Change”, poparł Johna Kerry’ego, a potem Obamę. Jednak przez te siedem lat jedynym jego wartościowym dziełem było „We Shall Overcome. The Seeger Sessions”, na którym przypominał legendę folku i jego protest songi. Szkoda tylko, że w populistycznej działalności Springsteena zabrakło konsekwencji Pete’a Seegera.
Podobne zarzuty dotyczą częściowo Boba Dylana, który też budował swoją pozycję w latach 60. jako następca Seegera i Woody’ego Guthriego. Po doskonałym „Modern Times” na jego najnowszym albumie „Together Through Life” trudno doszukać się epokowych pieśni, takich jak „Blowin’ in the Wind”, „Masters of War” czy „The Times They Are A-Changin’”. Zamiast tego w „Feel a Change Comin’ on” Dylan śpiewa: „Życie jest dla miłości, a mówią, że miłość jest ślepa. Jeśli chcesz żyć spokojnie, kochanie, pakuj swoje ciuchy razem z moimi, bo czuję, że nadchodzi zmiana”. W tej miłosnej metaforze można doszukać się politycznej deklaracji. Artysta zapytany niedawno o Obamę powiedział właśnie: „Ameryka jest w trudnym okresie, a bieda demoralizuje. Taki człowiek jak on może zmienić politykę. Mam nadzieję, że zmiana nadejdzie”. W ten sposób po raz pierwszy od ponad 40 lat udzielił poparcia politykowi. Ratując się teraz w tekstach ucieczką przed polityką w historie miłosne, konwencję filmu drogi i poetykę bluesa, uniknął banału piosenek Springsteena. Ale tym samym wykazał się obojętnością i bezradnością.
Jedyną uczciwą postawę zachował tylko Neil Young na płycie „Fork in the Road”. Choć ostatecznie też udzielił wsparcia Obamie i grał na jego cześć, zamiast mamić słuchaczy kolejnymi romantycznymi historiami, postawił jak zwykle na realizm. Album poświęcił promocji hybrydowego napędu w samochodach oraz uderzeniu w banki i sprawców kryzysu finansowego. Jednak zamiast kolejnych pustych haseł w „Singing a Song” proponuje: „Możesz śpiewać o zmianie, ale tylko kiedy dokonujesz jej sam. Bo sama piosenka nie zmieni świata”. W ten sposób pokazuje nowy typ barda, osoby wolnej od zobowiązań wobec establishmentu, zaangażowanej z podejściem pozytywisty. Na mocnym antybushowskim „Living with War” bez owijania w bawełnę apelował „Let’s Impeach a President”, a w „Lookin’ for a Leader” wskazywał na Obamę. Zarówno wtedy gdy prowadził wojnę z Reaganem i ojcem George’a Busha na „Freedom”, jak i z członkami Pearl Jam wspierał akcje „Rock for Choice”, tak wciąż pozostaje na froncie.
Kto zatem zamierza zająć miejsce buntowników w kulturze, skoro większość starych bohaterów jest zmęczona, a pokolenie hiphopowców składa broń? Najprawdopodobniej będzie to grupa Green Day, która chce być postrzegana jako kontynuator punkowej tradycji The Clash. Pięć lat temu płyta z rock-operą „American Idiot” sprzedała się w 12 mln egzemplarzy, a za dwa tygodnie zespół powraca z kolejnym pełnym patosu i rozczarowania albumem „21st Century Breakdown”. Przewrotnie muzycy nie zamierzają atakować polityków i zabierać głos w sprawach konfliktów międzynarodowych, ale chcą pokazać, jakie zniszczenia w umysłach ludzi i w społeczeństwie poczyniły lata rządów Busha oraz walczyć o obronę wartości. W utworze tytułowym śpiewają: „Moje pokolenie jest zerem, nigdy nie stałem się bohaterem klasy pracującej. Marz, Ameryko, marz! Krzycz, Ameryko, krzycz!”, i trudno ich nie zrozumieć.
|