Artykuły

Prasa > Artykuły


Relacja z koncertu w katowickim Spodku - 2005, Lipiec
Źródło: Teraz Rock, Bartek Koziczyński
Po raz pierwszy byliśmy w Polsce czternaście lat temu. Jesteśmy zespołem od szesnastu lat. Chciałbym wam podziękować za najlepszą pieprzoną trasę, jaką kiedykolwiek zagraliśmy – zagaił ze sceny Billie Joe Armstrong nawiązując do dawnych, partyzanckich odwiedzin w naszym kraju. Ten pan wywodzi się z Polski – oświadczył przedstawiając trębacza. Rozmaitym ziekuje także nie było końca… Krótko mówiąc, zespół chyba naprawdę cieszył się z występu w naszym kraju. Mimo że przyszło niewiele osób. Niewiele jak na Spodek: nie do końca zapełniona płyta i dolne sektory (w Stodole taka dwu-trzytysięczna frekwencja byłaby kilerska). Ale cóż, Green Day gra teraz na całym świecie właśnie wielkie hale. A tego czerwca być może przegrzała się u nas koniunktura. W każdym razie powtórzę: zachowali się świetnie. Co nie jest wcale oczywiste, gdy wspomni się choćby warszawski popis dupków z Oasis.
Większe hale oznaczają większą produkcję. Jeszcze większą, niż ta z początku roku w Berlinie. Obok parodii faszystowskich symboli z tyłu sceny zawisł wielki ekran. Były lepsze światła i znacznie więcej ognia i wybuchów… Prawdziwy rock’n’roll. W ogóle nie zmodyfikowali za to przez pół roku repertuaru. Podobnie jak w Niemczech zaczęło się jak na początku płyty American Idiot – od kawałka tytułowego po Holiday (it’s anti George fuckin’ Bush song). Dalej przeskok do St. Jimmy, podczas którego wokalista owinął wokół siebie pięknie przygotowaną przez fanów polską flagę. W Hitchin’ A Ride rozpoczął serię słynnych stadionowych śpiewów. Nie do końca nawet „śpiewów”: w pewnym momencie podsuwał publiczności odgłosy stosunku. It’s time to get naked – dodał, co było kontrowersyjne, zważywszy że na sali dominowała nastoletnia publiczność płci żeńskiej. Młoda osoba znalazła się na scenie podczas kolejnego Brain Stew/Jaded – mogła polewać koleżanki z pistoletu wodnego. Prawdziwy popis widzów nastąpił jednak oczywiście podczas przeróbki Knowledge. Przyjrzałem się dokładnie: perkusista był na pewno inny niż ten w Berlinie. Tamten popisywał się techniką, nasz grał prosto i wyraźnie się męczył (zrozumiałe: cała ceremonia trwała z dziesięć minut). Zaskakujące, że szybko przystosowano bas dla leworęcznego kandydata. Nie grał chłop najczyściej, za to zawodowo skakał. Wreszcie gitarzysta, który przedstawił się jako Peter i – tradycyjnie – zszedł ze sceny z instrumentem (choć chyba bez pocałunku)… Basket Case, She, błazeński King For A Day z domieszką You Make Me Wanna (Shout), Wake Me Up When September Ends przy którym rozbłysło morze zapalniczek, Minority i było po wszystkim.
Odrobinę zmodyfikowali bis. Być może frekwencyjne wyluzowanie doprowadziło do zagrania Marii. Potem standard: Boulevard Of Broken Dreams i We Are The Champions. Podczas wykonywania numeru Queen na widownię posypał się deszcz confetti (ciekawostka: profesjonalizm zachodniej produkcji jest taki, że za realizatorem dźwięku stoi facet z dmuchawą, nie dopuszczając papierków do konsolety). Na koniec, jak zwykle, kameralny Good Riddance.


Green Day Polska 2001-2012
wykonanie: ptaszynski.biz