Artykuły

Prasa > Artykuły


Witamy Ponownie w Raju - 1997
Tłumaczenie: Beton
Frank Edwin Wright III, lepiej znany jako Tré Cool z Green Day jest czymś w rodzaju żywego wcielenia Beavisa z kreskówki MTV. Siedząc wygodnie o 14-tej w swoim pokoju przy Courtyard Marriott w Fort Lauderdale, ślepo wpatruje się w teledyski przy całkowicie ściszonym telewizorze. Pomiędzy ziewaniem, a chichotaniem, 24-letni perkusista wypapluje myśli, które często prowadzą do nikąd, a przyświeca mu ogólna idea, że kariera jego zespołu jest po prostu ogólnonarodową podróżą po knajpach, której celem jest Hartford’s Webster Theatre 17 listopada.
“To moja dobra rada dla zespołów” - ogłasza Tré patrząc w ekran. “Nie obcinajcie swoich włosów. Oto moja rada. Nie obcinajcie włosów zanim nie zrobicie teledysku. Wszyscy ci ludzie, chłopie, których widzę w telewizji, oni wszyscy są świeżo ostrzyżeni jak pojebani, chłopie. I wyglądają kretyńsko. Nienawidzę tego chłopie. Popatrz na tych lalusi grubo ociosanych brzytwą. Dajcie spokój!!”

“Nie cierpię mojego zarostu na twarzy” - dodaje Tré. “Jest do dupy. Goliłem się raz na tydzień, chłopie. Muszę z tym skończyć. Będę golił się codziennie, lub co dwa dni. Mam dziwny zarost na ryju. Rośnie nierówno. Chyba ciągle jestem niedojrzały płciowo, albo co?!”

Włosy Tré są aktualnie zafarbowane na zielono. Dokonał tego profesjonalnie po raz pierwszy, gdy miał 12 lat. Pewnego razu został nazwany “najmniej lubianym członkiem” Green Day’a, przy czym jest chyba najbardziej sarkastycznym i najszczerszym facetem w zespole. “Prawdopodobnie jestem największym kutasem” mówi. Przytoczył wszystkie rodzaje potencjalnych, kontrowersyjnych rzeczy, że woli raczej trasę po Europie niż po USA, i że fan klub zespołu jest raczej “klubem idiotów”.

“Stany objechaliśmy już ze sto razy w kółko” - mówi Tré. “I znamy tu już wszystkie miasta. Odwaliliśmy w tych miastach kawał roboty i w rzeczywistości jesteśmy Amerykanami w Ameryce, nie zobaczymy tu już nic na prawdę nowego. Nic tu się od siebie nie różni. Inaczej jest w Europie, wszystko jest różne, począwszy od twojego siedzenia pod dupą, skończywszy na wodzie, którą pijesz. Wszystko się zmienia.”

Jeśli ludzie obrażają się na cokolwiek, co mówi Tré, “Nie wciskam, kurwa, kitu” - odpowiada. Jest młody, z akcentem typowym dla kamieniarza z West Coast, schamiał po wczorajszej imprezie, która zaowocowała rozbiciem nosa w klubie Jannus Landing w St. Petersburgu. “Jestem kurewsko wulgarnym, krzykliwym draniem i nigdy nie byłem inny” - mówi. “Dobrze mieć takiego chamskiego gbura w zespole, bo jeśli trzeba przykląć, to on to zrobi perfekcyjnie i profesjonalnie.”

Nowa trasa okazała się czymś w rodzaju przygody zespołu, który zrobił międzynarodową karierę z ponad 10-milionową sprzedażą albumu Dookie. Ostatnia płyta grupy, Nimrod, wskoczyła w ostatnim miesiącu na 10 miejsce tygodnika Billboard, a w pierwszym tygodniu leżenia na półkach rozeszła się w nakładzie 80 tys. Zespół odpowiedział niespodziewanie skromną trasą po klubach mieszczących poniżej 2 tys. osób.

Bycie nazwanym sprzedajnym zespołem przez wygłaszających “prawdziwą punkową ideologię” i bycie zaszufladkowanym jako “pop punkowym” przez większość światka muzycznego oczywiście nie może powstrzymać Tré i spółki od dążenia do wcześniej obranego, słusznego celu. Decyzja zespołu, by zrobić tournee po małych klubach spotkała się z krytyką tych którzy uważają Green Day za zbyt komercyjny, a jednocześnie ze śmiałym stwierdzeniem, że granie wielkich koncertów rockowych stało się głupią stratą czasu.

Lecz Tré jest zbyt podekscytowany faktem koncertowania, by przejąć się jakąkolwiek debatą nad tym, czy Green Day ma rację, czy nie. “Wydaje mi się, że ludzie jakby zapomnieli, jak wielkim zespołem jesteśmy” - twierdzi. “Gdybyśmy wrócili i zagrali w większym miejscu, to też sprzedalibyśmy bilety, ale żadna inna kapela nie powiedziałaby do mnie: ‘Zobacz dupku, to my jesteśmy największymi rock-and-rollowcami na świecie’. Miażdżymy innych”

Przedstawiciel wytwórni Reprise Records mówi skarżącym się krajowym fanom że nie ma wystarczającej ilości miejsc na tournee, lecz Tré mówi, że on powinien raczej bardziej zbliżyć się do ludzi, którzy zobaczą, że koncerty są tak ostre i czadowe, jak zawsze. “Jestem jak worek ziemniaków do wykorzystania przez wszystko i wszystkich w moim pobliżu,” - mówi. “Dosłownie rzucają mną. Jestem cały potłuczony. Nie ma żadnego zdrowego fragmentu mojej nogi… jeśli jestem pokiereszowany, jak każda część mojego ciała. Jestem wręcz pokryty siniakami …i jest cool.”

Pomimo cierpień fizycznych, Tré mówi, że podstawowa różnica jaką zauważył, to to, że bieżące tournee jest mniej trudne od poprzednich. “Jest łatwiej, bo jestem lepszym perkusistą” - twierdzi. “Przedtem solidnie się wysilałem, by wytrzymać ostatnich kilka piosenek od początku do końca, zwłaszcza dawniej. Teraz po każdej godzinie grania jestem gotowy na kolejną godzinę. Jestem, kurwa napalony. To nie męczy mnie już tak bardzo i mogę grać ostrzej”.

“Chcę zdobyć stan Connecticut jajami” - dodaje. “Chcę, aby cały Connecticut jadł nam za ręki. zamierzam robić taki zajebisty show i tak dawać po dupie, że ludzie będą mieć nas dosyć”.

Powiedzmy, że jeśli uważaliście Green Day za “nadmierny”, to wasze zdanie nie powinno się zmienić po wysłuchaniu albumu “Nimrod”. Porywająco-ognisty styl zespołu zawsze zawierał nadmiarowość, poza kilkoma wyjątkami. Takimi, jak właśnie na wyżej wspomnianym, 18-ścieżkowym albumie, zawierającym “Last Ride In,” z teksańsko-meksykańskimi smyczkami i rogami. “Good Riddance,” - Ąle umieszczony, folkowo-akustyczny numer oraz “Walking Alone,” średnio rockowy odjazd, z rytmem starych Stonsów i dmuchanymi w harmonijkę dętymi partiami Armstronga. Ale to wyjątki… to tak dla jasności.

Jedna z najmniej “nadmiernych” piosenek na “Nimrod”, to retro-rockowa ballada “Redundant” (Nadmierny). Efekty zwiększonej pracy nad melodią utworu są sygnałem, że chłopaki dorastają… chociaż jeden nie może być tego pewien. Nimrod jest płytą skoczniejszą i muzycznie weselszą, niż wcześniejsze, ale teksty Armstronga wydają się co raz to obrzydliwsze z minuty na minutę. “¦wiat jest mi winien, więc pierdolcie się” - śpiewa w utworze “The Grouch”. “Marnuję czas na pieprzonej drodze i nie wiem którędy do diabła” (All the time”) i “przyszłość nie jest taka, jak bym chciał, by była” (”Uptight”) - to daleko posunięte wypowiedzi.

Chorzy na sławę, być może, lecz ciągle zbyt młodzi, by zwalniać tempo. Główną siłą “Nimrod” zdaje się być przemijający młodzieńczy testosteron, i nasuwa się pytanie do Tré Cool’a o jego twierdzenie, że na tej trasie zespół położy nacisk na najbardziej zdumiewający show w ich karierze.

“Jestem bardzo zadowolony, że jestem właśnie w tym zespole, a nie w żadnym innym” - chwali się Tré. “Naprawdę ciężko zapierdalaliśmy nad tym albumem i cieszymy się, że już skończyliśmy. Jesteśmy teraz gotowi wysrać z siebie tę robotę. Chcemy, by była to wielka płyta, bo to najlepsza płyta, jaką zrobiliśmy. Zawiera ten sam rodzaj podniecenia, co “Dookie”, lecz jednocześnie ma większą głębię. Tak myślę”.

Tré i chłopcy mają także przyjemność z patrzenia, jak fani dorastają. “Są starsi,” - mówi Tré na spotkaniach - “a myślę, że to ci sami faceci i dziewczyny, co kiedyś przychodzili słuchać ‘Dookie’ gdy wyszło, a teraz studiują. Ci ludzie są stworzeni do bycia ‘Takimi małymi dziećmi Green Day’a’. A teraz te małe dzieci szukają pracy, mają własne dzieci i całą resztę gówna, z resztą tak, jak i my. Wielu mówi, że ‘Dookie’ było ich ulubioną płytą w szkole średniej. Teraz dostają od nas ‘Nimrod’ na studenckie lata”.

Więc jeśli planujecie mieć dobre stopnie, to miejcie pewność, że Green Day jest z wami. Naprawdę.

Green Day Polska 2001-2012
wykonanie: ptaszynski.biz