19.04.2006 - Columbiahalle BerlinTrudne dobrego początki:
No oczywiście o koncercie dowiedziałem się ze stronki www.dropkickmurphys.com na jakieś 2 miesiące przed. Wybrałem Berlin, bo mam najbliżej, około 300 km nie licząc dokładnie…Wysłałem wszędzie gdzie mogłem, ze organizujemy ekipę… na początku milion chętnych, ale ja wiem jak to jest jak pod koniec… zostało 3 osoby w najbliższym otoczeniu - Pejotl (ja znaczy), Dogfucker i michal. Wyjazd wspólny nie wyszedł nam do końca, nie będę pisał ile się męczyliśmy, fakt jest taki ze oni pojechali z Poznania pociagiem, ja do Zielonej Góry i samochodem na Berlin!!!
Wyjechałem po południu z Zielonej Góry mając 15:30 na osi i 180 km do przejechania. Myślę - dobre niemieckie drogi, pójde jak burza… a tu wypadek tira… godzina w kilkukilometrowym korku, wszędzie auta, po horyzont.. po bokach barierki.. klaustrofobia. W Berlinie jestem około godziny przed koncertem (z haczkiem), oczywiście mylę zjazd i zamiast na Tempelhof dostaje się na to drugie lotnisko - żmudne zawracanie i jeden zjazd dalej musze pojechać :/
Przez miasto męka, zółwie tempo…. jestem pod Columbiahalle o 20 wieczorem!
Na miejscu:
Od razu widze jakieś znajome mordki przez okno samochodu mimo tłumu - machają mi Dogfucker i michal!! Poznali samochód i rejestrację :D. Po wymianie uprzejmości i poznaniu się, chłopaki skaczą za płot na ostatnie siku, ja wymieniam voucher na bilet w okienku bez problemu… Pamiątkowe zdjęcie przed wejściem… z wnętrza słychać już grający Far From Finished więc wchodzimy!!!!
W środku:
Kontrola!!! Nie taka ostra jak np. na Green Day, ale widziałem, jak zabrali aparat w depozyt dziewczynie… michal wniósł cyfrówke.. nie powiem gdzie ;), ale mamy sprzęt!!! Dodam, że obmacywała fajna dziewczyna, już miałem wszystko napięte przed kontrolą, ale jednak podotykał mnie pan :P . Przechodzimy dalej…
Po wejściu tym razem na siku ide ja… koszt 1 E… oops, no ale pan klozetowy zajęty sprzątaniem olbrzymiej kałuży wymiocin w jednej z kabin, wiec wiara ładuje się do środka rzucając co łaska na tacę… ja łaski nie okazałem, za to ulżyłem sobie potężnie :D Idziemy do bufetu - piwo - 0,3 litra - 4 euro! Będziemy schli myślę (co było później - zaraz powiem:D).. przeglądamy szybko sklepik z pamiątkami… koszulki 15 euro.. inne pierdółki.Samo miejsce podobne do klubu Stodoła w Warszawie, z balkonem na górze i po bokach.. ale zamknięty i zasłonięty… mało ludzi. Na moje oko było gdzieś około 3 tysiące luda, może nie. Pod sceną luz, skacze tylko środek, bez problemu wbijamy się pod scenę pokonujac pasywnych młodych niemców..
Far From Finished- nie znam dobrze ich twórczości, ale zagrali całkiem fajnie… wokalista ma dobry kontakt z publiką, grali numer za numerem, ostro i szybko… zeszli o 20:35 wywołując gromkie owacje raczej statycznych i jakby nieobecnych troche niemców… my pod barierką wspomagaliśmy jak mogliśmy… widać ze mieli trochę fanów, jeden koleś koło mnie ciagle śpiewał. Tak trzymać!
Przerwa… demontaż gitarek… perka zostaje… zawieszają wielki plakat Less Than Jake i wizerunki miasta… Zaczyna się!Wybiegają chłopaki z
Less Than Jake, wyposażeni w saksofon, trąbke i gitary! Tychże twórczość też nie jest mi tak dobrze znana, wyróżnilismy tylko wśród totalnego hałasu i szału ludzi bodajże Ghost of You and Me, All My Friends are Metalheads, Jen Doesn’t Like Me Anymore, Sleep it Off…Zagrali bardzo dobrze, nagłośnienie w Columbiahalle jest super, chcieli rozbawić trochę zimna jeszcze publikę - co rusz oglądałem się do tyłu, ludze dalej - poza wielkim młynem na środku stali z założonymi rękami.. My w 1 rzędzie, obok poznani kolesie, staramy się jak możemy, wokalista robi miny, wydurnia się, wychwala jegermaistra, robi aluzje do nieładnych ludzi z Anglii.. wesołek. Jest bardzo pozytywnie, muzyka przyjemna, co rusz ze sceny rzucają nam butelki z wodą, łapiemy chyba ze 4 flaszki, jakiż to plus być na 1 linii ognia… Na scenie bardzo przypominają NOFX jajcarskim zachowaniem. Spodobali mi się i na 100% sięgnę głębiej w ich twórczość. No cóż, uczą nas jeszcze robić pogo (i tak uważam, ze ludzie bawili się super), taka niewdzięczna rola rozgrzewaczy… wokalista wspomina jak to ma wygladać i każe brać przykład z koncertów Pennywise (niedościgniona doskonałość :P - sorki, musiałem!). Znikają ze sceny… dłuższa przerwa, czuć już napięcie w powietrzu…..zmiana sprzetu i perki (pojawia sie czarna Yamaha), po scenie plącze się niesamowicie potężny technik, w jak to dogfucker określił - największych spodniach jakie widział :P, próbują gitary, ktoś z 1 rzędu wyciąga setliste z tylniej kieszeni typa, który robi podest dla Al’a, żeby mógł zejść ze sceny (wysoka na jakieś 1,60cm. Z góry zjeżdża potężny bilboarad Dropkick Murphys i gasną światła oddycham szybciej… z gardeł setek ludzi dobywa się rytmiczne, wspomagane przez nas i ciągle podsycane “Let’s Go Murphys!!” Ścisk w 1 rzędzie narasta….robi się klaustrofobicznie, gorąco, trzeba walczyć o każdy centymetr!
Jazda!:
Rozlega się intro… do Your Spirit’s Alive, w sumie nie jestem zaskoczony. My w 1 rzędzie, michal ciągle robi foty i film… widzę w mroku Scruffy’ego z dudami, The Kida biegnącego z gitarą na prawą stronę… i zaczyna się!! Huraganowy atak gitar, błysk świateł, obłędny jazgot dud… na plecy wali mi się potężna masa ryczących ludzi… To co się dzieje, dla fanów Green Day można tylko przyrównać do szału jaki zaczął się z 1 taktem American Idiot w katowickim Spodku… Rzeź, na scenie chaos podsycany biegajacym Kenem i niesamowitymi skokami Kida z gitarą! Ryk jest taki, ze nie słysze co śpiewam…. uff, koniec, ale się nic nie rozluźnia…. Ken krzyczy do mikrofonu Boys On The Docks!!! I zaczyna się kolejna orgia….ta piosenka miecie, tworzy się gigantyczny młyn latających ciał, które co rusz rozbijają się o nas… czysta ekstaza + pryskające ciągle z tyłu piwo!! (dzięki ci człowieku kimkolwiek jesteś za chłodzenie naszych dymiących łbów)
The Walking Dead - szybko, bez zadnego wytchnienia - rytmiczne, wyskandowane już tysiącem gardeł What’s so new about what you’re saying, it’s a new generation with the same sad song” …jestem w siódmym niebie… nic mi nie przeszkadza, żadna ręka, zaden but, żaden łokieć w kręgosłupie i palec w oku… liczy się tylko ten słodki hałas DKM, Al wyciąga ręke w naszym kierunku, koleś obok mnie, wyższy, łapie go pierwszy..
Sunshine Highway - odrobina wolniej, ale wcale nie mniej ostro - cudne chórki Kida i Tima Brennan’a, szalejemy.. a jakże, aż woda się kończy.
Citizen C.I.A. - to co sie teraz dzieje, to jest apokalipsa! Ochrona ściąga kolejnych „latajacych” po tłumie ludzi, gigantyczne pogo wciąga michala, dziesiątki pięści w górze i głośno skandujemy refren! Bez zwolnienia pojawia się Tim z piszczałką, Scruffy z dudami i jedziemy z
Heroes From Our Past - jedna z moich ukochanych piosenek!!!!, przez cały czas wspomagam wokalnie chłopaków, bojowy refren tylko zaostrza szaleństwo ekipy wokół mnie : „So come on rally round this brave and valiant cause with tradition, pride, and honor at its core..”.Znów pięści w górze! Mało nie zemdlałem. Trace chłopaków z pola widzenia…
Take It And Run- daję odpocząc strunom głosowym … szukam chłopaków - bez powodzenia. Za duży młyn.
The Wild Rover - każdy to zna… na dźwiek tej piszczałki wszyscy wracają pod scenę.
Bastards on Parade - wyśmienicie zagrane… nie wiedziałem ze ten utwór tak fajnie wychodzi na żywca.Gromkie brawa za to!
Finnegan’s Wake - przyjety z owacjami, śpiewamy chóralnie początek, potem to szybkie odliczanie i jazda… gubię się w młynku! Na scenie miazga, bieganina, szaleństwo.
Caught In The Jar - odpoczywam. Przez duże O. Serce mam tuz pod gardłem. Na bębny
The Gauntlet - podrywam się i pędze na przód - wrzeszczę, obok mnie wielki wygolony facet wytatuowany jak gośc z jakuzy unosi pięść do góry w czasie „Stand up and fight and I’ll stand up with you!„ po chwili śpiewamy już razem, niestety, mówi tylko po niemiecku - zero porozumienia oprócz textu…
Fields Of Athenry - odjazd! Ta solóweczka mrowi po plecach… patrzę na niemca, on na mnie, usmiecha się, wiemy o co chodzi - wszyscy, jak jeden śpiewamy refren i to napięcie..kolorowe światła. Czuje sie zahipnotyzowany a nastrój robi sie podniosły.
The Auld Triangle - z nowej płytki..nie bardzo mi leży ten utwór.. ale daje się ponieść emocjom… po utworze sekundka przerwy i rozlega się…
The Warriors Code! - znów jestem najbliżej, znów robi sie goraco… utwór kopie jak mało co, zagrzewa do boju lepiej niz Eye of the tiger… trace głos zupełnie, mógłbym umrzeć w tej chwili, Scruffy Wallace daje wszystko z tego koziego wora z rurami ;).
Wheel of Misfortune - troszke spokoju, wycieram sie tu i tam :D, poprawiam to i owo, po oklaskach jedziemy dalej..
The Gang’s All Here - znów totalna rozróba, wszyscy skaczą, chłopaki sie nie oszczędzają, chórki wypadaja bosko, Al zaczyna chrypnąć :D. Aaah, chce sie wiecej.. na scenie pojawia sie Scruffy.. Ken prosi wszystkie panie na scenę, wiem juz co zaraz bedzie, przepycham sie znów pod same barierki, tuż koło gościa z dziewczyną by lepiej widzieć…. dziewczęta cos opieszale wchodza na scene, zaczyna sie
The Spicy McHaggis Jig - show odstawiają niesamowity, dziewczęta dają z siebie wszystko, nawet spiewają to i owo, my zaś robimy pod scena burdel, dostaję w żebro, boli, ale było warto. Dziewczyny nie kwapią sie schodzić ze scenki, no to lecimy dalej….. prawie z marszu wchodzimy na
Kiss Me, I’m Shitfaced - aaaa!!, zabili mnie..na początkowym solo dud stałem jak zaczarowany…cudowne!!! Ken śpiewa z mikrofonem w dłoni, ten text rozwala, w czasie śpiewania “I’m a cheat and a liar, no woman’s desire” dziewczeta autentycznie przejęte dotykaja go pieszczotliwie.. no cóż, nam pod sceną pozostaje tylko poryczeć w zazdrości: “sooooo kiss meeeeeeee!!!”. Ciągle czekałem na Barrom Hero.. a tu koncert sie kończy… wrzeszczymy znów “Let’s Go Murphys!!” no i słysze z ciemności bębny i riff z
Worker’s Song - tego potrzebowałem!!, kocham tą piosenkę, jest niczym mój hymn, znów znajduję przyjazne dusze do śpiewania! Boskie wykonanie, Kid miota sie po scenie, szpagaty budzą podziw, James bardziej statyczny jak zwykle, skupiony na grze i śpiewie, mokra grzywa zasłania mu oczy…. koniec, jaka szkoda….piwo i woda leją się na oblegajacych scene jak deszcz..
I’m Shipping Up To Boston - robi sie spokojnie.. odpoczywamy kiwajac sie rytmicznie.. nastrojowe swiatła… zbieram ostatki sił, z doswiadczenia wiem ze musi być Skinhead, a ja musze byc na scenie, tylko nie srodkiem, bo bedzie miazga.. :P
Barrom Hero - zapada cisza, słuchac potężne: “Face down in the gutter won’t admit defeat though his clothes are soiled and black!!”… dalej juz spiewamy my, wymachując pięściami, lasem pięści w górze,… Jaaaaazda!! Obłędne tempo, pokrzykiwanie oi, oi, oi!, wyciska ostatki sił z mokrych jak szczury ludzi.. Tego potrzebowaliśmy, dookoła ucieszone mordy, znaczy - jest dobrze!!! Po tym biegnę na lewa strone sceny, a tu
Captain Kelly’s Kitchen - no to szalejemy dalej, ale trzymam sie lewej strony…. tylko 2 ochroniarzy :D heheheh - znika mi dogfucker…
Skinhead on the MBTA - jest!, niespodziewanie jak cholera, w trakcie taktów Ken jeszcze zaprasza… ale jakos nikt sie nie kwapi, za duzy scisk, ludzie, podbiegam do ochrony po lewej, prosze łamanym angielskim (jak go najbardziej potrzebuje to w chwilach emocji nie bardzo chce działać, hehe) czy moge wejśc, oni nas potrzebują, wołają, tak zawsze jest…- odmowa!, robię błagalną mine… - podchodzi drugi ochroniarz, mowi, ok, przepuść go, ja dziekuje i biegne bocznymi schodami… w oczach mam ciemno z wrazenia…wbiegam na scene, skaczę, jest już paru kolesi, jeden drugiego wciąga na scenę, przybijamy piątki, nie znamy sie, ale jest cudownie… scena momentalnie sie zaludnia.. zespół przezornie cofa sie do tyłu, wszystko jest nasze!!! Ekstaza, radośc, energia, nigdy nie czułem sie tak zajebiście, obok mnie na basie gra Ken Casey… cofam sie, znajduje Al’a, koło niego ścisk… piosenka konczy sie tak szybko… ale nie!! poznaje znajome rytmy. Minor Threat! - chłopaki fundują nam jazde, widzę ze sceny gigantyczny młyn nieszczęśnikow co zostali na dole….no i koniec, wszystko milknie… tylko oklaski i wrzawa…. podchodze do Kida… czuje się jakbym śnił, gratuluje koncertu, mówię ze byli świetni, on dziekuje usmiecha się, podaje mi kostkę do grania…teraz juz wogóle zapominam języka w gębie, odwraca sie odkłada gitare i odchodzi do tyłu… ja znajduję Kena, proszę zachrypniętym głosem by przyjechali do Polski, przysłuchuje się, na jego twarzy pojawia sie uśmiech, mówi cos ze ok, zobaczymy… ochrona prosi o zejście… ktoś zrywa ostatnią setlistę (szlag) z miejsca koło perki, robi sie pusto, dopadam jeszcze okrążonego Scruffy’ego - robili sobie z nim foty! Dziekuję mu za cudowną zabawę.. usmiecha sie szeroko… ochroniarz stuka mnie w ramie.. juz czas, a zejśc sie nie chce. Zeskakuję ze sceny, ostatni raz sie oglądam, ale nie ma juz nikogo prócz techników… idę do wyjścia…zerkam na zegarek - 00:20
Do domu:
Znajduje samochód… jestem wykończony i nie moge mówić.. czekam na chłopaków, oddaję im ich rzeczy, rozstajemy sie podziękowawszy sobie za wszystko. Ruszam po chwili odpoczynku…posiniaczone od barierki przedramiona, bolace kolana, zdarte gardło i ból żeber… czeka mnie ponad 300 km drogi do domu, ale jestem jak nakręcony… o 8 do pracy, ale nic to…i tak zrobie to znów jak bedą blisko…..
Pejotl
      
|