Artykuły

Prasa > Wywiady


“Otworzyliśmy klatkę” - 1997, wrzesień
Źródło: Tylko Rock
Ostrzegano mnie i to wielokrotnie, że wywiad z zespołem Green Day jest przedsięwzięciem średnio sensownym. Że to mniej więcej tak, jakby zabrać się za rozmowę z Beavisem i Butt-headem: nieustanny smiech, głupawe dowcipy, zero konkretów (wersja dla punkowców: pierdzielenie o Szopenie). W jednym z bardzo dobrych hoteli, Vienna Plaza, stawiłem się więc w niezbyt optymistycznym nastroju. Marmurowo - pluszowy hall, złocony korytarz, lustrzana winda i już jesteśmy na ostatnim piętrze, gdzie w typowym dla punkwych grup luksusowy apartamencie, przyjmują chłopaki. Po wejściu do środka nastrój pogorszył mi się jeszcze bardziej (wersja dla punkowców: zmiękła mi rura). Najpierw było sympatyczne powitanie, ale chwilę póĄniej miałem okazję obserwować wywiad dla radia. Potwierdziły się najgorsze obawy: zdawkowe odpowiedzi, rechot, dowcipem dnia stała się kwestia “you are absolutely 100% right” wypowiadana po każdym pytaniu zawierającym tezę. Potwierdziły się pogłoski że rolę nadwornego błazna pełni w Green Day’u perkusista Tré Cool - apogeum nastapiło, kiedy z pasją cisnał o ścianę butelką. Rzut oka na podłogę: zdążyła się już tam uzbierać spora kupa szkła. Tré upodobał sobie pozycję leżącą , wokalista i gitarzysta Billie Joe wgramolił się na oparcie kanapy i siedział tam ze smutnym wyrazem twarzy. Mike Dirnt - jak łatwo się domysleć - basista, znudzony rozglądał się na boki. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby byli pod wpływem substancji, od której wzięła się nazwa zespołu (wersja dla punkowców: jakby byli najarani). Nie mam pojęcia, dlaczego zupełnie zmienili zachowanie, kiedy przyszła moja kolej i podetknąłem im dyktafon: wyraz autentycznego skupienia na twarzach, solidne wypowiedzi…
Podkreslaiście często, że Insomniac był bardzo gorzką płytą, płytą pełną gniewu. Nimrod - nowy album, wygląda na dzieło świadczące o raczej optymistycznym podejściu do świata.
Billie Joe: Być może wygląda tak pod względem muzycznym. jeśli chodzi o teksty jest mniej więcje podobna do poprzedniego. Dosyć ponury, choć z pewnym światełkiem na końcu tunelu.
Tré: Otworzyliśmy klatkę, w której byliśmy, usuwamy z organizmu niedobre rzeczy. Nimrod jest dla nas rodzajem terapii. To bardziej otwarta płyta, zahacza o różne rejony, nie jest jednowymiarowa.

W odniesieniu do niej ktoś użył nawet słowa “eksperymantalna”.
Mike: Myslę że ekperymentujemy, lecz bez zapuszczania się w rejony Pink Floyd czy czegoś takiego. Ciągle poruszamy się wewnątrz pewnych ograniczeń, ale zaczęliśmy pisać różne rodzaje piosenek. Poszerzylismy swoje muzyczne horyzonty.

Depresja, jaką przeżywaliście w okresie nagrania i promocji poprzedniej płyty musiała być spora, skoro przerwaliście europejskie tournee na wiosnę ubiegłego roku.
Mike: Bylismy po prostu wykonczeni, naprawdę wykończeni. Od bardzo długiego czasy jeżdziliśmy w trasy i wydawaliśmy płyty, to był moment, żeby przestać. przestać zanim zaczniemy się nawzajem nienawidzić, nim się zupełnie wypalimy. Powrót do domu sprawił, że wszystko stało się znów interesujące. Trzy tygodnie po przyjeĄdzie zaczeliśmy grać próby. Pięć dni w tygodniu, przez rok. Tak wygląda nasz proces twórczy: my trzej w pomieszczeniu, naparzający w instrumenty i robiący piosenki.
Billie Joe: Od lat nie bylismy w domu. Musieliśmy wrócić i trochę się naładować. Nie chcieliśmy tworzyć w autobusie, robić utworów jak Bon Jovi. Trzeba było wrócić i zacząć czerpać z otoczenia jakie mamy u siebie, z naszych przyjaĄni - one bardzo duzo dla nas znaczą. Ładowaliśmy się, by stworzyć ten nowy album: pisać piosenki, całe mnóstwo piosenek…
Tré: Tak naprawdę przerwalismy trasę, bo miałem hemoroidy wielkości byczych jaj. Takie, kurna duże (tu artysta pokazuje jakie kurna duże - przyp.bak) Nie mogłem siedzieć, to moja wina. (śmiech)

Na Nimrod słychać wyjątkowo dużo muzyki z lat sześćdziesiątych: surfowe klimaty w Last Ride In, beatlesowskie harmonie w Worry Rock… Czy przyznajecie się do takich inspiracji?
Mike: Bardzo lubię wczesne Who, wczesnych Rolling Stones i Beatlesów. Uważam że The Beatles to prawdopodobnie najlepszy zespół wszechczasów.
Billie Joe: Klimaty surfowe? Wiesz, swoje słuchanie muzyki zaczynałem od gości typu Duane Eddy czy Dick Dale. Coś z tego przeniknęło do Last Ride In

Z drugiej strony płyta ta wydaje się być bliższa tradycji brytyjskiego punku z konca lat siedemdziesiątych, zwłaszcza The Clash.
Mike: The Clash często zapuszczął sie w rejony reggae. A dla mnie punk i reaggae to dwie przeciwności.

Gracie jednak na przykład utwór z silnymi wpływami country, King For A Day. Punk i country nie są przeciwnościami?
Mike: Nie, bo country to ta sama jazda co rock’n'roll. Reggae nie jest w tradycji rock’n'rolla. Myślę że muzyka reggae stała się cześcią brytyjskiej kultury - w Anglii żyje wielu Jamajczyków. Natomiast tam skąd pochodzimy, króluje blues, country czasami miesza się to z ragtime czy jazzem. Do tego dochodzi muzyka Mariachi - rzeczy z Meksyku…
Billie Joe: To złożone tłumaczenie problemu. Ja po prostu nie jestem rastafarianinem, nie lubię reggae, nie lubię ska. Lubię punk, piosenki oparte na rock’n'rollu.

To pewnie nie lubisz i Offspring’a, który włącza do swojej muzyki elemnty ska?
Billie Joe: Wolałbym nie komentować tematu Offspringa.

Powiedziałeś kiedyś, że popularnośc oznacza to, że nie możesz pójść do klubu, spokojnie obejrzeć koncertu…
Billie Joe: Jest związanych parę rzeczy, o któych musisz mysleć, a których nie zauważałeś wcześniej. Wcześniej nie zawsze planowałeś wyprawy z kumplami, mógłeś po prostu wybrać się samemu. Teraz lepiej iść z grupą ludzi. Ale z drugiej strony nie mam zamiaru siedzieć cały czas w domu, nosić na twarzy maskę i żyć w namiocie tlenowym.
Mike: W wielu miejscach przyjmują nas teraz z otwartymi ramionami, to miłe.

Czyli scena nie wyklęła Green Day’a, ani go nie ignoruje?
Billie Joe: Nie. mamy mnóstwo bardzo dobrych przyjaciół. Przyjaciół, których zawsze mielismy. Tym właśnie jest scena: grupą przyjaciół próbującą coś wspólnie zrobić. Ja wspomagam ich, oni wspomagają mnie. Teraz nie muszą już mnie wspomagać, więc tylko trzymamy się razemi pijemy piwo. Wspomagają mój nałóg alkoholowy.

Słyszałem że dorobiłeś się własnego studia, w którym nagrywasz zaprzyjaĄnione zespoły.
Billie Joe: Mam coś takiego w piwnicy - żadna duża rzecz, malutkie pomieszczenie. Nagrałem tam kilka kapel: The Criminals, Black Fork, Dead And Gone, kilka naprawdę dobrych hardcore’owych zespołów.
Tré: Billie jest pracoholikiem. Nie może przestać. Kiedy ma dwie sekundy, to wmawia sobie że to dziesięc minut. (śmiech)

Jesteście znani z tego, że bierzecie na trasę zespoły z Lookout Records, wytwórni w której startowaliście.
Billie Joe: Bierzemy je, bo to dobre zespoły. Lepsze od wiekszości tego gówna z radia. Dostają taki przywilej, niezależnie od tego, czy przyjmą propozycję.

Przed ogromnym sukcesem albumu Dookiewydaliście w Lookoucie dwie płyty: 39/Smooth i Kerplunk! Zawierały muzykę całkiem podobną do słynnej następczyni. Jak myślicie; czy gdyby nie punkowy budżet ich nagrania, rzędu 600 dolarów, mogłyby osiągnąc podobny rezultat?
Mike: Sprzedały się po milion egzemplarzy każda…

Ale do dnia dzisiejszego.
Billie Joe: Wcześniej też nie było Ąle. Tacy w tym czasie byliśmy - nigdy nie cofnąłbym się i nie próbowałbym niczegokolwiek zmienić. Mielismy na tamtych płytach niezłą jazdę, jesteśmy z nich bardzo dumni, a po Kerplunk postanowilismy się rozwijać, zrobić coś innego.
Mike: Kiedy patrzę na te płyty, myslę że fajnie że powstały, bo fani, którzy są z nami od samego początku, mają je tylko dla siebie - nie tak łatwo je zdobyć. Te płyty to coś specjalnego i niech tak zostanie.

Mało kto wie, że po wydaniu Kerplunk!, w ramach europejskiej trasy zjawiliście się w Polsce. Pamiętacie coś z tego?
Billie Joe: Pewnie, to było w zimie 1991 roku. Zagraliśmy trzy koncerty; w Gryfinie, Bydgoszczy i Warszawie. Gralismy z taką angielską kapelą Stink, a pierwszy koncert otwierał polski zespół, niestety nie pamiętam nazwy… To była typowa niezależna trasa - mieliśmy tylko dwie gitary i werbel, reszta była pożyczona. Spaliśmy u ludzi w domach

Zapowiadacie że Wasza nowa trasa koncertowa będzie powrotem do małych klubów. Chodzi o przywołanie tamtej atmosfery?
Billie Joe: Wcześniej bardzo długo gralismy, więc nie chcielibyśmy zaczynać od dużych miejsc. Chodzi o rodzaj rozgrzewki. Tak, w pewnym sensie jest to powrót do tamtych czasów. W wielkim tłumie nie ma nic intymnego, a my chcemy niemal każdą twarz widzieć i chcemy żeby każda twarz widziała nas.

Jak myślicie: czy duża wytwórnia przejęła was, bo szukała nowego trendu po wypaleniu grunge? Stawiali na punk, tak jak teraz stawiają na techno.
Mike: Duża wytwórnia nas nie przejęła. Przejście do innej wytwórni było naszą świadomą decyzją. Po prostu wyrosliśmy ze starej. To wszystko. Chcielismy, żeby ludzie w Europie mieli nasze płyty - jeśli mamy dla nich grać, muszą mieć możliwośc kupna naszych płyt. Zatem można było albo przejść do wiekszej wytwórni, albo dać sobie spokój. Bo byliśmy w najlepszej niezależnej wytwórni na świecie. Poszlismy do wiekszej, inaczej musielibyśmy zarzucić swoje muzyczne zainteresowania i znaleĄć sobie pracę. Pierdolę! nie chcę robić nic innego.
Billie Joe: Myslę, że to my wykreowalismy punkowy trend. Wytwórni spodobały się nasze piosenki, spodobało się jak gramy na żywo… Wczesniej nie mieli pojęcia o punku, nie myslie o żadnej modzie. My też nie mieliśmy pojęcia co się stanie. Wyszło na to, że zaczeliśmy grać, stalismy się wielcy, a po nas zaczęły podpisywać kontrakty inne punkowe kapele.

Jeszcze jakiś czas temu twierdziłeś, że wy nie gracie punku, bo punk musi być w podziemiu, nie może zaliczać się do mainstreamu.
Billie Joe: Powiedziałem tak, ale - jeżeli ma być szczery - zmieniłem zdanie. Nie mogę przekreślić dziesięciu lat mojego życia tylko dlatego, że mój zespół stał się słąwny. Tak, mamy punkowe korzenie, ale przed byciem punkowcami jesteśmy twórcami piosenek. To jest ważniejsze niż cokolwiek innego.

Czy zatem punk jest bardziej stanem umysłu? można być punkowcem udzielając wywiadu w luksusowym hotelu….

(Trzask! - tu artysta Tré rozwalił o ścianę kolejną butelkę - przyp.bak)

Tré: Po jednej na wywiad.
Billie Joe: Wiesz, są ludzie którzy siedzą za biurkiem , noszą krawaty ,garnitury i nie zauważają ,że coś im umyka. My jesteśmy w zespole, bawimy się, mamy przyjaciół - o to ochodzi.

Ty i Mike jesteście też od niedawna ojcami. jak się sprawdzacie w tej roli? Czy bierzecie swoje dzieci na trasy?
Mike: Jestem bardzo dobrym ojcem. Nie bierzemy swoich dzieci na trasę, myślę że one potrzebują stabilizacji, włąsnego środowiska, własnych przyjaciół, zabawek. Są dwie strony naszego życia, ciężko nam je pogodzić. Z jednej strony praca, któą kochamy, a z drugiej zycie prywatne. To podobnie, jak z każdą pracą - kiedy wracasz do domu, chcesz o niej zapomniec, cieszyć się rodziną. may to samo. tyle że na wiekszą skalę. Bycie gwiazdą rocka, muzykiem polega na zajmowaniu się wyłącznie sobą. A w roli rodzica nie może być nic samolubnego: musisz zapomnieć o włąsnej osobie i skupić się na innych, na swoich dzieciach.

Czy w wieku 50 lat chcielibyście jeszcze grać rock? Wspominaliście ,że smieszą was osoby jak Mick Jagger czy Steven Tyler - zachowują się jakby byli młodzieniaszkami.
Mike: Fajnie byłoby w ogóle dozyć piećdziesiątki.
Billie Joe: Myslę że jestesmy zazdrośni (śmiech). Oni są w lepszej kondycji, niż ja. Mają tyle lat, a dostaję od nich w dupę. Chciałbym tylko dożyć czterdziestki, wtedy się będę zastanawiał.

Co zatem sądzicie o ostatnich wyczynach Sex Pistols?
Mike: Myslę że skasowali pieniądze i skasowali siebie. Widziałeś ich ostatnią trasę?

Nie.
Mike: Ja też nie (śmiech). Myslę że duzo ludzi jej nie widziało.
Tré: Sex Pistols mają jedną dobra płytę, a my pięć.
Billie Joe: Zawsze uważałem, że każdy startujący zespół powienien znać Pistolsów. Ale może nie tym razem.

Rozmawiał Bartek Koziczyński

Green Day Polska 2001-2012
wykonanie: ptaszynski.biz