Allgigs.co.uk - Mike Dirnt - 2009, czerwiec Tłumaczenie: Monika Źródło: allgigs.co.uk Minęły lata, kiedy Green Day był głównie znany z farbowania włosów zgodnie z nazwą zespołu i z naciąganych, „mówionych piosenek” (sprechgesang, słowo użyte w wywiadzie to na angielski „spoken songs”) autorstwa ich bagnistookiego lidera, jak to było na albumie „Dookie” wydanym w 1994.
Na początku XXI wieku, gdy panowie przekroczyli trzydziestkę, punkowe trio bardziej zdecydowanie zajęło swoje polityczne stanowisko na swoim oklaskiwanym albumie z 2004 roku, „American Idiot”, którego kontynuatorem jest ich ostatni krążek „21st Century Breakdown”, nagrany wiosną.
Basista, Mike Dirnt opowiada nam o powstawaniu nowego dzieła, o tym, jak szukali dojrzałości i o bezkompromisowej wiarygodności jako nowe gwiazdy punka.
Nagrywanie waszego nowego albumu „21st Century Breakdown” zajęło wam 5 lat. Dlaczego tak długo?
Więc, przez dwa lata byliśmy w trasie z poprzednią płytą („American Idiot”) i przez następne trzy lata pracowaliśmy nad tą płytą, odkąd skończyliśmy trasę w grudniu 2005. Weszliśmy do studia w lutym 2006. Potrzebowaliśmy czasu, żeby zastanowić się, co tak naprawdę chcemy zrobić; chcieliśmy znaleźć jakieś wyzwania, nie powtarzać się. Robienie czegoś bez zastanowienia to nie w naszym stylu.
Jakie są tematy i inspiracje tej płyty?
Płyta nazywa się „21st Century Breakdown” i zasadniczo mamy dwójkę bohaterów: Christiana i Glorię, którzy w każdej piosence jakby rozmawiają, nie dla ciągnięcia historii, ale bardziej żeby utożsamić zagadnienie dla każdej piosenki w post-Bushowskiej erze. Wiesz, teraz w Ameryce każdy tydzień przynosi nowy kryzys, chociaż mamy nowego prezydenta i to nas napawa optymizmem, zmierzamy do najgorszych czasów Wielkiego Kryzysu.
Więc ten album jest skierowany głównie do Amerykanów czy jest przeznaczony dla wszystkich?
Więc myślę, że każdy może się do tego odnieść, nie ważne skąd pochodzi. Tylko dlatego, że album został zrobiony w Ameryce, nie ogranicza się do niej. Ten album nie jest tylko o Ameryce, jest o ludziach, którzy posiadają emocje i uczucia, i o tym jak łatwo zabijesz swoje marzenia, jeśli nie będziesz kwestionował wszystkiego, włącznie z samym sobą.
Wymieniliście Queen, Bruce’a Springsteena, The Who, The Beach Boys, The Beatles i The Clash jako swoje inspiracje na tej płycie. Co z tym? Jak ci artyści na Was wpłynęli?
Myślę, że bardziej niż ze strony muzycznej, wszyscy Ci artyści byli bardzo inspirujący do pracy, oni osiągnęli absolutny sukces. Nie codziennie się zdarza, że zespół albo artysta starają się napisać najlepszą płytę w swojej karierze, albo próbują pójść o krok dalej jako kompozytorzy i muzycy. I dla nas to wyzwanie było przerażające, ale także bardzo pobudzające.
Czy Hollywood jest najlepszym miejscem żeby to osiągnąć?
Cóż, byliśmy tam tylko na końcowym nagrywaniu albumu. Okres pisania spędziliśmy w Oakland. Potem przenieśliśmy się do małego studia w Południowej Kalifornii, gdzie dołączył do nas producent (Butch Vig)
Z płytą „21st Century Breakdown” kontynuujecie styl rock opery z „American Idiot”. Płyta jest dość długa ( 3 akty). Dlaczego tyle trwa?
Tak, rzeczywiście, płyta trwa jakieś 70 minut. Myślę, że tę płytę można postrzegać jak 3 małe albumy połączone w jeden. Staraliśmy się zmierzyć z piosenkami, niektóre wycięliśmy, żeby każda część płyty wydawała się jednolita, co jest ważne w opisaniu idei czy emocji i zrobieniu z tego dobrej, muzycznej jazdy. Teraz, kiedy ludzie chcą jakiegoś singla – ściągają go sobie z Internetu, my pochodzimy z epoki albumów winylowych, musimy robić płyty inne, trochę bardziej specjalne.
Jeśli musiałbyś wybrać jedną piosenkę z każdej części, którą wybrałbyś i dlaczego?
Z pierwszego aktu („Bohaterowie i Oszuści”) wybrałbym „Know Your Enemy”, dlatego, że to takie prywatne pytanie i można ją uznać za odnoszącą się do całego świata.
Z drugiej części („Szarlatani i Święci”) wybrałbym „Restless Heart Syndrome”, która jest piosenką o tym jak przepisywanie lekarstw i wykupywanie ich są tak rozreklamowane i wepchnięte w Amerykę, że czasami bierzesz pigułki żeby zniszczyć bezpowrotnie koszmary zamiast zniszczyć swoje marzenia.
Z trzeciej części („Podkowy i granaty ręczne) musi to być piosenka „See the light”, ponieważ musi być nadzieja w czasach kryzysu, chociaż nie znamy odpowiedzi na wszystko.
Kto napisał piosenki do tego albumu? Czy wszyscy wnieśliście jakieś pomysły?
Billie Joe napisał większość tekstów, przeczytał nam je na głos, i potem zaczęliśmy „burzę mózgów” nad przygotowaniem, ustalanie kolejności etc… Razem, znaleźliśmy logiczną i naturalną współzależność wszystkich piosenek.
Dlaczego zaangażowaliście Butcha Viga do produkcji albumu?
On zawsze był na naszym „celowniku” jeśli chodzi o ludzi z którymi chcieliśmy w przyszłości pracować. Kiedy wreszcie mieliśmy okazje się spotkać, wszyscy spontanicznie zgodziliśmy się, że nadaje się do tej roboty.
Czy czuliście, że z Robem Cavallo jako producentem popadacie w marazm?
Po prostu chcieliśmy czegoś odrobinkę innego, to wszystko. Zawsze byliśmy bardzo zaangażowani w produkcję naszych płyt tak czy inaczej, więc chcieliśmy kogoś, kto rzuci nam wyzwanie w inny sposób…
Co to za sposób?
Butch chciał posunąć się w głąb dźwięku, stąd przy kilku piosenkach jest dużo pianina i pewny rodzaj wokalu, którego byś nigdy nie oczekiwał od Green Day’a. Butch naprawdę przycisnął nas, żeby takie piosenki mogły powstać. Pozwolił nam na bycie uczuciowymi, wrażliwymi i niebezpiecznymi oraz zachęcał nas, żebyśmy się niczego nie bali.
Jak byś zdefiniował waszą muzykę dzisiaj- czy ewoluowała z prostego punk rocka do czegoś innego?
Jesteśmy punkowo- rockowym zespołem, i to jest świat, z którego pochodzimy, ale myślę, że Green Day to także wspaniały zespół rock’n’rollowy. Jestem bardziej niż stronniczy, bo to mój zespół, ale myślę, że jesteśmy bardzo ambitni, chcę tylko robić muzykę dla świata, pisać świetne piosenki i sprawić, żeby rodzina była ze mnie dumna.
Myślisz, że zespół punkowy może nadal ciągnąć po 40?
Tak, bo punkowy świat, w którym dorastałem nigdy nie był zacietwierzony. Nie ma żadnych zasad co do punk rocka.
Co sądzisz o tych wszystkich zreformowanych punkowych zespołach:The Only Ones, Wire, wymieniam tylko kilka, wszystkich tych zespołach zreformowanych nagle w latach 2008-09?
Myślę, że to w porządku, jeśli chcą wrócić razem. Jeśli ludzie będą chcieli ich oglądać, to fajnie. To tak jak z nami- nie możemy nikogo zmusić żeby kupił naszą płytę czy lubił naszą muzykę, po prostu musieliśmy ją wydać i zobaczyć, co się stanie.
Jesteście razem od 22 lat. Czy zawsze było lekko i przyjemnie?
Jesteśmy w zespole od 22 lat, ale znamy się odkąd mieliśmy 5 (śmiech). Cóż, były wzloty i upadki, ale myślę, że ciężej jest trzymać się razem niż odejść. Dużo zespołów poddało się, ale nam udało się utrzymać to razem, zarówno dla siebie jak i dla zespołu…
Czy kiedykolwiek myślałeś o odejściu?
Nie nazwałbym tego odchodzeniem, bardziej pozbyciem się czasem presji z tego, co robimy. Jesteśmy całkowicie świadomi szans, które dostaliśmy, żeby osiągnąć wielkie cele i nie chcemy ich brać za pewnik. Jestem bardzo dumny z długowieczności Green Day’a.
Powiedz nam coś o musicalowej adaptacji „American Idiot” (produkowany przez zespół stojący za „Spring Awakening”, premiera w Berkley Repertory Theaotre w Kalifornii we wrześniu). Czy to początek planu dochodowej emerytury?
Cóż, myślę, że nie zrobiliśmy niczego dla pieniędzy. Robimy to dla sztuki. Nie potrzebuję wcale pieniędzy, bo w końcu kiedyś umrę, więc i tak to wszystko zniknie, więc się tym nie przejmuję. A co do musicalu, widzieliśmy to, ludzie którzy to robią są wspaniali w swoim kunszcie, a kiedy widzisz te dzieciaki na scenie, możesz powiedzieć, że żyją dla sceny i sztuki. To jest dla nas bardzo inspirujące.
|
| |